Zostaw już tę przeszłość!, czyli 'Kane'

"Kane", L.A.Casey



Więęęc, przeczytałam ostatnio dwie następne części cyklu: Slater Brothers - "Alec" i "Kane". Od razu powiem, że... rozczarowałam się. Jeśli "Dominica" czytałam z zapartym tchem i mokrymi majtkami <to tylko takie wyrażenie, nie napalajcie się>, to tutaj miałam poważne wątpliwości, czy to wciąż ta sama autorka.




Jeśli "Aleca" nie mogłam przetrawić, do czego z marszu się przyznam, to "Kane" przyciągnął mnie do siebie kilkoma elementami, choć w żaden sposób nie dorównał pierwszej części serii. Trzeba też wspomnieć, zanim wymienię plusy książki i jej minusy, że  autorka mogłaby już przestać wałkować temat ich przeszłości i nakierować się bardziej na przyszłość. Błagam, naprawdę, rozumiem, akcja i cała historia, ale nie można przecież uwieszać się na jednym temacie i trzymać go zapamiętale w nadziei, że czytelnik nie zauważy, że brak nam pomysłów. Cóż, rozczaruję Was, ale zauważyłam. I wpieprzyłam się, bo to mówi o nieumiejętności autorki, gdy przychodzi do wprowadzania w książkę nowych postaci i wydarzeń, które są niezbędne do podtrzymania ciekawości czytelników.
Dobra, już sobie ponajeżdżałam na autorkę, więc mogę przejść do rzeczy.

PLUSY

1. Książka posiada wątek ciążowy, czym od razu zagarnęła sobie moją, małą, ale sympatię.
Wiem, nie powinnam technicznie rzecz biorąc interesować się takimi sprawami, ale po prostu lubię, gdy w książkach, faceci stają się wtedy tak strasznie opiekuńczy.

2. Kane jest seksowny jak piekło i okładka jest w miarę seksowna, a więc... sami rozumiecie.
Bycie kobietą zobowiązuje do dostrzegania takich rzeczy i ulegania im.

3. Branna (jeśli czytaliście, wiecie o kogo chodzi, jeśli nie... PRZECZYTAJCIE "Dominica") ma zamiar zerwać z Ryderem. Juhuuu! Nigdy nie byłam za ich "związkiem"
4.Na końcu (zrobię spoiler) Bronagh zachodzi w ciążę, więc podwójne Juhuuu!

I tak, w gruncie rzeczy wszystkie plusy dotyczą innych bohaterów, a nie głównych, więc nie ma czym się ekscytować. Książka nie jest tragiczna, czy zła, broń Boże, żebyście odnieśli od razu takie wrażenie, ale dla kogoś kto poszukiwał mocnych wrażeń i skoków adrenaliny (jak w części pierwszej. Tak, jestem okropna, że wciąż do tego wracam, no ale!!) jest ona po prostu mdła.

MINUSY

1. Jak. Ja. Nienawidzę. Keeli. I. Aleca.
Po prostu ich nie trawię, a szczególnie tej durnej dziewuchy. No nie mogę! Nie! Dlatego, właśnie dlatego z przymusem doczytałam "Aleca", grymasząc pod drodze i krzywiąc się niegrzecznie.

2. Ponownie, czy autorka nie może zostawić już ich przyszłości? Ciągłe powracanie do tego, co było i kto się teraz na nich mści jest nudne. Ok, kobieto, nie masz innego sposobu na wywołanie u nas dreszczy emocji, rozumiem. Ale zostaw już ten temat!

3. Książka jest super, jeśli ma w sobie coś niepowtarzalnego i cudownego. Coś, co wybija ją z kategorii "obrzydliwie, durny romans, na pograniczu harlequina" do "aww, mój Boże, więcej!".
I tego tutaj brak. Jeszcze do końca nie udało mi zdefiniować tej unikalnej 'rzeczy', ale pracuję nad tym. Bo czasami zdarza się, że nawet nudny romans w jakiś sposób mnie przyciąga i trzyma, aż przeczytam, nawet jeśli później psioczę, że straciłam czas. Na przykład seria Ze mną w Seattle. Tutaj rozczarowanie jest o tyle większe, bo autorka przygotowała nas na coś lepszego, a tu klops. I dupa zbita.

Jestem rozczarowana, rozgoryczona i wpieniona. Jak tak można? 
Dla ciekawskich i odważnych książka do znalezienia jako ebook, tylko że po angielsku.
Kryśka
P.S. Na górze jest też okładka "Aleca". Czy nie jest tragicznie słaba? Nie recenzuję tej książki, bo jest niemożliwie do dupy, przynajmniej dla mnie. (If you know what I mean, powinnam teraz wstawić, bo jeśli ktoś czytał, wie o co chodzi z Aleciem. Są tu takie odważne?)

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Back
to top